praktyka ekranizowania komiksów jest równie stara, co komiks. i kino. nie dziwi zatem, że postanowiono zmienić stan skupienia jednej z najbardziej popularnych ostatnimi czasy rysunkowych fabuł.

Scott Pilgrim podbił amerykański rynek. i to w rozumieniu kontynentu. autorem 6 (!) tomowej sagi jest bowiem kanadyjczyk (Bryan O’Malley), a największe triumfy święci ona na terytorium stanów zjednoczonych. mówi się, że nakłady kolejnych edycji znikają, zanim się pojawią. magia.

ale o co właściwie chodzi? mamy głównego bohatera, klasycznego średniaka. 22 lata, ulubione zajęcie – konsola gier, ulubione zajęcie II – podryw, ulubione zajęcie III – włóczenie się po mieście samemu bądź w kompanii podobnych jemu. aż tu nagle… (zwykle tak bywa przecież) gość spotyka wyśnioną parzez siebie dziewczynę. nie – wymarzoną, nie – wyczekaną. literalnie – wyśnioną. bardzo chce z nią być, może nawet się zakochuje – nie wiem, jaka moda panuje aktualnie w stanach – rzeczywistość stawia jednak przeszkody. bez przeszkód nie ma zabawy. jest ich siedem. SIEDEM. uosabiają je byli chłopcy rzeczonej wyśnionej, zwanej RAMONĄ. czy to nie zabawne?

fakty są takie, że reżyser Edgar Wright postanowił zabawić się w dzieciaka i odkopał swoje nastoletnie fascynacje. mnóstwo mamy w filmie motywów wprost z starodawnych gier wideo, poszarzalych już komiksów, muzyki z magnetofonowych taśm, zmiksowanych z tym wszystkim bollywoodzkich produkcji i seriali. eksplozja – prawie jak film akcji – murowana.

dostajemy do tego specjalnie na potrzeby adaptacji stworzoną muzę, ciekawy montaż i mnóstwo energii.

polecam (flanelowo?) do obejrzenia, bo jest to rzecz zaskakująca. może czasem przerysowana (jak to komiksy), ale ciekawa. zwiastun można znaleźć na jutube (tu fragmenty: http://www.youtube.com/watch?v=U7oO40hqX0I).

no to rysujcie i oglądajcie. ja poszyję.
(jestem po: broken flowers, zawtra budiet wajna, tetro, svoi oraz paru innych. parunastu. paruset. będziemy pisać).