tak, tak. słowo się rzekło, jarmusch u płota! pisać trzeba, dziergnąć tekścik choć krótki, a mocny.

limity kontroli (widziałam tak zacnie przetłumaczony tytuł przez jednego wolontariusza) ograniczają. czyli pięknie jim film nazwał, bo adekwatnie i wieloznacznie, że tak od słowa wyjdę. ograniczają się w filmie i filmowo, tak autotelicznie można rzec, żeby mądrzej brzmiało.

pozbawiają swobody także widza, oferując właściwie niewiele, choć całe mnóstwo. obraz okrojony z fajerwerków, fabułę opartą na drodze i surrealistycznych spotkaniach/personach/wizualizacjach/doświadczeniach. pudełka po zapałkach, szpiegowskie informacje na maluczkich karteczkach. reżyser powiedział mi, że film trzeba obejrzeć przynajmniej dwa razy. ja mówię – 3. albo 4.

oglądać i oglądąć, bo on ani się nie kończy, ani nie zaczyna. oczywiście jest początek i koniec, nawet dość mocne, konkretne, krwiste. ale to nie o to. w drodze jarmusch jest nieustannie. jego bohater nie przystaje ani na moment. nie odzywa się właściwie. nie śpi. jest w pracy. my jesteśmy w pracy? być znaczy pracować? nie-zarobkowo. po prostu – żyjesz, znaczy – pracujesz.

wychodząc z kina masz poczucie, że na chwilę wyjeżdżasz gdzieś indziej. ale czarny bohater limitów dalej wędruje swoim szlakiem. wiecie, taki wieczny tułacz (swoją drogą – świetna legenda. polecam się zapoznać). europa. dziś europa, jutro azja, pojutrze nowy jork albo buenos aires.

tak, tak, dzieciaczki. a te kostiumy? te detale? kolory? film jest absolutnie genialny. muzyka, której nie ma. zostaje czysty dźwięk. mimika bohatera jak z gliny, jakby komiksowa, nie prawdziwa, a przy tym ordynarnie namacalna.

pogadać możemy o tem i tamtem. zachęcam.