filmowaflanela blog

Twój nowy blog

witam po przerwie. 

tak się składa, że kwiecień to dobry czas na planowanie wakacji. 
polecam przejrzeć program tegorocznych Nowych Horyzontów: www.enh.pl
zapowiada się bardzo ciekawe lato. słońce w kinowej sali. plaża pod heliosem!
niedlugo podzielę się swoim harmonogramem.
niech no tylko dojdę do siebie.

filmowo miało być, owszem. ale dlaczego nie muzycznie też? zwłaszcza, że to muzyka do iflmu będzie. co mam na myśli? spójrzcie na to:

Paul d. Miller, znany
bardziej jako DJ Spooky, to – w kilku prostych słowach – nowojorski
eksperymentator, pionier muzyki ambient, tworzący też dub, jazz, hip-hop,
techno. Doceniony przez krezusów
muzycznego świata, laureat wielu prestiżowych nagród artystycznych; autor
projektów audiowizualnych stanowiących komentarz do problemów współczesnego
świata. Jego twórczość dowodzi, że bycie didżejem jest prawdziwą sztuką, a użycie
elektroniki, cyfrowych kodów, znaków i innych zaawansowanych technologicznie
środków wyrazu skrywa spójną filozofię i konkretne przesłanie. Zaangażowany
społecznie, czuły na otaczający go świat, tworzy kompozycje mocno zakorzenione
w rzeczywistości, a przynajmniej bezpośrednio się do niej odnoszące. Dj Spooky
jest wrażliwym układem scalonym, inteligentną w wyrazie bazą danych, organiczną
techniką.





sama
znam, doceniam, słucham. a że koncert będzie 20.10.10., to tylko uszy zacierać. spooky zaprezentuje autorską reinterpretację filmu REBIRTH OF NATION z 1915 roku.

dokładniej – w ramach AFF. stamtąd zresztą troszkę info ściągnięte, choć po autorsku przemielone. ale przyznaję się.

zachęcam.

praktyka ekranizowania komiksów jest równie stara, co komiks. i kino. nie dziwi zatem, że postanowiono zmienić stan skupienia jednej z najbardziej popularnych ostatnimi czasy rysunkowych fabuł.

Scott Pilgrim podbił amerykański rynek. i to w rozumieniu kontynentu. autorem 6 (!) tomowej sagi jest bowiem kanadyjczyk (Bryan O’Malley), a największe triumfy święci ona na terytorium stanów zjednoczonych. mówi się, że nakłady kolejnych edycji znikają, zanim się pojawią. magia.

ale o co właściwie chodzi? mamy głównego bohatera, klasycznego średniaka. 22 lata, ulubione zajęcie – konsola gier, ulubione zajęcie II – podryw, ulubione zajęcie III – włóczenie się po mieście samemu bądź w kompanii podobnych jemu. aż tu nagle… (zwykle tak bywa przecież) gość spotyka wyśnioną parzez siebie dziewczynę. nie – wymarzoną, nie – wyczekaną. literalnie – wyśnioną. bardzo chce z nią być, może nawet się zakochuje – nie wiem, jaka moda panuje aktualnie w stanach – rzeczywistość stawia jednak przeszkody. bez przeszkód nie ma zabawy. jest ich siedem. SIEDEM. uosabiają je byli chłopcy rzeczonej wyśnionej, zwanej RAMONĄ. czy to nie zabawne?

fakty są takie, że reżyser Edgar Wright postanowił zabawić się w dzieciaka i odkopał swoje nastoletnie fascynacje. mnóstwo mamy w filmie motywów wprost z starodawnych gier wideo, poszarzalych już komiksów, muzyki z magnetofonowych taśm, zmiksowanych z tym wszystkim bollywoodzkich produkcji i seriali. eksplozja – prawie jak film akcji – murowana.

dostajemy do tego specjalnie na potrzeby adaptacji stworzoną muzę, ciekawy montaż i mnóstwo energii.

polecam (flanelowo?) do obejrzenia, bo jest to rzecz zaskakująca. może czasem przerysowana (jak to komiksy), ale ciekawa. zwiastun można znaleźć na jutube (tu fragmenty: http://www.youtube.com/watch?v=U7oO40hqX0I).

no to rysujcie i oglądajcie. ja poszyję.
(jestem po: broken flowers, zawtra budiet wajna, tetro, svoi oraz paru innych. parunastu. paruset. będziemy pisać).

odkąd street-art wlazł na salony, modne zrobiło się:
wkleić czasem jakąś wlepkę.
w cropp town nabyć ti-szert z malunkami zbioka.

cóż. takie tam sztuczki dla wszystkich. dla wszystkich jest także ten film. jednak jak bardzo od wszystkich różny!

wyjście przez sklep z pamiątkami
to – według producenta (dystrybutor w polsce – gutek, a jakże) – pierwszy na świecie street-artowy film katastroficzny. trudno o bardziej karkołomne podsumowanie. właśnie – karkołomne. film banksy’ego łamie kręgosłupy widzom, swoim bohaterom, społecznym konwencjom, salonowym pieskom, stróżom prawa, decydentom, sklepikarkom, sprejom i markerom, jackassom nawet.

mistrzowski w bezkompromisowości, zabawny do bólu (dosłownie), histerycznie niepoprawny. co ciekawe, film opowiada prawdziwą historię francuskiego sklepikarza, który chciał poznać niepoznawalnego banksy’ego. kapitalnie.

zachwycona jestem nie w kratkę, a po całości, w plamy po farbie. żarty. nie-głupotę, lecz wyżyny miejskiej nonszalancji.

wyjście awaryjne. nie otrzymało żadnej nagrody. żadnych gwiazdek. nie napisze o nim paweł t. felis.
jakie to wspaniałe.

polecam. flanelowo. trailer na http://www.youtube.com/watch?v=9V4L8nk2Ffc

co tu dużo mówić, kiedy oglądać dużo trzeba. i możliwości jest wiele, bardzo wiele nawet.

 

opublikowany został program pierwszego AFF, co rusza 20.10.2010. czyli za dni równo 30.

 

siedziały mądre głowy i debatowały, co za filmy z wielkich stanów ściągnąć, żeby mały środkowoeuropejski kraj nie zląkł się kinowego ogromu. no i wymyślili. a polecenia godne są z pewnością: (i tu wymieniamy)

- Scott Pilgrim kontra świat (Scott Pilgrim vs. the World) w reż. Edgara Wrighta. adaptacja komiksu pewnego kanadyjczyka (Bryana Lee O’Malleya – po co ta tajemniczość?), rozepchana popkulturową sieczką rysunkowa forma, doskonale podkręcona muzyką i niezwykle inteligentna. polecam. ja, flanela.

- Wytrych Brada i Todda Barnesa. zdobywca nagrody next tegorocznego sundance. no, no. nie lada gratka dla filmowców. mówi się, że film ten wyłamuje z zawiasów konwencję komedii romantycznej, na dokładkę serwując filmowego patchworka, złożonego z lekko traktowanych klisz kultury i sztuki. szybkie i wściekłe.

- Nastoletni paparazzo (Teenage Paparazzo) Adriana Grenier. ciekawy sposób na opowiedzenie, na opowiedzenie w sposób nie-prosty, nie-codzienny i nie-zwykły zjawiska paparazzich, huby rosnącej na pop-kulturowym drzewie. bohaterem obrazu uczyniono 13 latka, który swoim BMXem śmiga przez ulice Los Angeles, pstrykając fotki gwiazdom i gwiazdkom. temat do dyskusji, ale jak ciekawie podjętej. film urozmaicają (czy rzeczywiście?) wypowiedzi m.in.: Matt Damona, Evy Longorii Parker czy  Paris Hilton

 

to tyle na razie, może więcej będzie, może będzie kiedyś lepiej. czego wam i sobie życzę. a teraz zwijam się. obejrzeć coś. to jutro! flanela w kratę.

tak, tak. słowo się rzekło, jarmusch u płota! pisać trzeba, dziergnąć tekścik choć krótki, a mocny.

limity kontroli (widziałam tak zacnie przetłumaczony tytuł przez jednego wolontariusza) ograniczają. czyli pięknie jim film nazwał, bo adekwatnie i wieloznacznie, że tak od słowa wyjdę. ograniczają się w filmie i filmowo, tak autotelicznie można rzec, żeby mądrzej brzmiało.

pozbawiają swobody także widza, oferując właściwie niewiele, choć całe mnóstwo. obraz okrojony z fajerwerków, fabułę opartą na drodze i surrealistycznych spotkaniach/personach/wizualizacjach/doświadczeniach. pudełka po zapałkach, szpiegowskie informacje na maluczkich karteczkach. reżyser powiedział mi, że film trzeba obejrzeć przynajmniej dwa razy. ja mówię – 3. albo 4.

oglądać i oglądąć, bo on ani się nie kończy, ani nie zaczyna. oczywiście jest początek i koniec, nawet dość mocne, konkretne, krwiste. ale to nie o to. w drodze jarmusch jest nieustannie. jego bohater nie przystaje ani na moment. nie odzywa się właściwie. nie śpi. jest w pracy. my jesteśmy w pracy? być znaczy pracować? nie-zarobkowo. po prostu – żyjesz, znaczy – pracujesz.

wychodząc z kina masz poczucie, że na chwilę wyjeżdżasz gdzieś indziej. ale czarny bohater limitów dalej wędruje swoim szlakiem. wiecie, taki wieczny tułacz (swoją drogą – świetna legenda. polecam się zapoznać). europa. dziś europa, jutro azja, pojutrze nowy jork albo buenos aires.

tak, tak, dzieciaczki. a te kostiumy? te detale? kolory? film jest absolutnie genialny. muzyka, której nie ma. zostaje czysty dźwięk. mimika bohatera jak z gliny, jakby komiksowa, nie prawdziwa, a przy tym ordynarnie namacalna.

pogadać możemy o tem i tamtem. zachęcam.

wielkie, ogromne kraty nam się zrobiły, dziury nawet w filmowej koszuli, bo nie pisane było miesiące całe, a i te dwie notki poprzednie to też słaby szew. właściwie.

cóż zrobić, dziergać trzeba nadal, w dzierganiu nie ustawać. co na warsztacie?

american film festival. będzie cudo zza wielkiej wody, albo „cud” nawet więcej, bo ponad setka. filmowych, kulturowych, sztucznych.
stany wielkie dadzą się – mam nadzieję – poznać ze strony prawdziwej, nie w masce multipleksowej szmiry. zrzucamy kostium durnych komedyjek i taniej sensacji, wchodzimy buciorami w świat kina niezaleznego, autorskiego, produkcji dojrzałych i eksperymantalnych.

po zapoznaniu się z programem (www.americanfilmfestival) – wciąż niepełnym, bo takowy pojawi się 20.10. – zacięram rączki i kręcę się niecierpliwie. wydarzenie w kraju naszym bez precedensu, szeroko tak pokazać kino wszystkich stanów.

zachęcam każdego, komu zbrzydły hamburgery do liźnięcia kultury z wyższej półki. albo niższej nawet czy odgrzanej. ale o wybornym smaku.

zapowiada się jim jarmusch (the limits of control, ostatnia jego dziecina, to rzecz warta omówienia. w następnej odsłonie blogowej kratki) jako gość. a, wiemy doskonale, gość z niego zacny i jak jarmush w dom, to dobre kino w dom.

zapraszam. kratka. flanela. filmowa.

Polak głodny, to zły. A Irlandczyk?

„Głód” jest skomplikowany. Może nie w formie czy fabule, ale w odbiorze.
Dawno nie widziałam tak dychotomicznego filmu. Bo z jednej strony stoi
historia (tak usilne zawsze podkreślanie, że kręci się na faktach),
polityka, ludzkie postawy i dramaty. Po drugiej zaś stronie mamy kino,
zmyślenie, opowiadanie historii, technikę.

Na granicy obu światów/perspektyw leży „Głód”. W wielkim, telegraficznym
skrócie recenzuję – film równie bezkompromisowy, jak postawa głównego
bohatera. Konsekwentny i uparty, jednak…

Czy to nie historia się broni? Jak rozgraniczyć opowieść/przedstawienie
od realizacji? Głód dobrego kina. W kratkę. Dosłownie.

Wspomnę tylko, że niedawno wyszło puzderko DVD z filmami zeszłorocznej
ERY. W tym „Hunger”. Polecam. enh.pl

no nareszcie się uszyło. nowiuśka koszula w filmową kratę gotowa, można wdziewać i biegiem do kina!

długo bardzo zbierałam się z założeniem bloga. narastały filmy, komentarze do tychże i frustracje – bo nierealizowały się (filmowe) plany.

jednak! nie ma co zbyt długo dziergać – ruszamy zatem z flanelowym blogiem. filmowo się szyje. poczytacie, zobaczycie.

a będzie o czym pisać. Gdynia, Era (ulubiona), Cannes. (kolejność nie taka, ale bzdura to.)

zachęcam. w kratkę.


  • RSS